poniedziałek, 8 lipca 2013

Zawsze jest powód, choć nie ma wyjaśnień


 


„Był najlepszym przyjacielem.”
 
 W pośpiechu wpychasz w siebie kanapkę z dżemem truskawkowym jednocześnie próbując założyć korki. Od dziesięciu minut powinieneś już biegać na treningu, tymczasem te cholerne dziesięć minut temu dopiero otwierałeś oczy orientując się, że jesteś spóźniony.  Do tej pory ci się to nie zdarzało. Zawsze lubiłeś pospać, ale był obok Mario, twój najlepszy kumpel, który pamiętał, żeby przed treningiem wpaść po ciebie, bo pewnie jeszcze leżysz pod kołdrą. Kumpel zwalał cię z łóżka, robił śniadanie i ciągnął do samochodu jakimś cudem sprawiając, że docieraliście na czas.
Zamykasz za sobą drzwi i wręcz sprintem biegniesz do auta. Starasz się wyrzucić z głowy wspomnienia najlepszego przyjaciela. Dzisiaj jest pierwszy trening po letniej przerwie, pierwszy trening bez Mario. Przed wejściem do siedziby klubu stajesz na chwilę, chociaż powinieneś biec z prędkością godną kreskówkowych bohaterów, ale musisz się nad czymś zastanowić. Mario odszedł, a dokładniej przeniósł się do innego niemieckiego klubu jednego z największych rywali, lecz pomimo tego wszystkiego tak naprawdę nie jesteś na niego zły. Patrzysz ślepo przed siebie dopiero teraz zdając sobie sprawę, jak ci go brakuję. Wchodzisz do szatni ze smutną miną i od razu spoglądasz na miejsce, które w szatni zajmował Goetze. Puste, zwolnione dla jakiegoś innego, nowego piłkarza Borussi. Przypominasz sobie, jak rzucaliście się tutaj butami, jak raz schowaliście Lewandowskiemu meczową koszulkę, której szukał potem przez dwie godziny. Dobrze wiesz, że to się już nie powtórzy. Nie usłyszysz już od Mario słów otuchy przed ważnym meczem, a po strzelonej bramce nie będziesz mógł do niego podbiec i z wielką radością krzyknąć, że jesteście najlepsi. Nie czujesz żalu ani zazdrości jest ci po prostu smutno. Jest ci cholernie smutno, że już go nie ma, bo był dla ciebie niezwykle ważny.
Z nieobecnym wyrazem twarzy wchodzisz na murawę, gdzie już od dawna trenują twoi koledzy, nawet nie starasz się udawać skruszonego, kiedy trener wygłasza ci kazanie na temat punktualności, a następnie każe przebiec trzy okrążenia boiska. Zbierasz się w sobie i ruszasz do przodu po chwili jednak zatrzymując i dostrzegając coś czego się nie spodziewałeś.
Widzisz chłopca stojącego na trybunach z resztą kibiców podczas tego otwartego dla widzów treningu. Stoi w czarno-żółtej klubowej koszulce z numerem 10 jednak na plecach nie widnieje nazwisko twojego najlepszego przyjaciela, a przyklejona kartka z twoim nazwiskiem. Machasz głową z niedowierzaniem. Wiesz, że odejście Mario zmienia wszystko, dosłownie wszystko.

 

„Był idolem, wielką gwiazdą”

 
 Nerwowo stukasz palcami o blat kuchennego stołu czekając aż łaskawie twoja siostra i ojciec raczą oznajmić, że są gotowi i wyjdziecie na pierwszy po letniej przerwie trening Borussi, twojego ukochanego klubu i jedynej miłości, bo już dawno przestałeś wierzyć, że gdzieś znajdzie się dziewczyna, z którą ułożysz sobie życie.
Poprawiasz swoją koszulkę BVB i ostatni raz przeglądasz się w lustrze. Krzyczysz do reszty domowników, że pora już wychodzić i nie czekając na ich reakcję zbiegasz na dół po schodach. Uważasz się za jednego z największych fanów Borussi, znasz na pamięć nazwiska wszystkich piłkarzy, masz kilka autografów a kiedyś nawet podczas jednego ze spotkań z fanami rozmawiałeś z trenerem Jurgenem. Twoim ulubionym i najbardziej przez ciebie podziwianym piłkarzem był Mario Goetze. Niestety, jego odejście z Borussi zmieniło wszystko. Z dnia na dzień Mario stał się w Dortmundzie wrogiem numer jeden oraz obiektem drwin i nienawiści. Twój tata również kibic BVB wyrzucił swoją meczową koszulkę, bo widniał na niej numer oraz nazwisko wielkiego zdrajcy jakim okazał się Goetze. Ty również straciłeś do swojego byłego idola sporo szacunku.
Wysiadasz z samochodu taty i ciągniesz siostrę w stronę trybun chcąc dostać się tam jak najszybciej. Na mecze Borussi chodzisz dość często, ale na otwartym treningu jeszcze nigdy nie byłeś. Popędzając resztę rodziny sadowisz się na swoim krzesełku i z zadowoloną miną wręcz pożerasz wzrokiem biegających po boisku piłkarzy. Od tego zachwycającego widoku odrywa cię siostra wskazując na siedzącego przed wami chłopaka w czarno-żółtej meczowej koszulce z numerem 10. Ze zdziwieniem przyglądasz się jego przyklejonej kartce z nazwiskiem nie Goetzego, lecz Reusa. Zdajesz sobie sprawę, że twój dawny idol w oczach kibiców stracił już wszystko. Twój ojciec jakby potwierdzając twoje myśli z zadowoleniem poklepuje cię po ramieniu mówiąc, że kibice próbują pozbyć się Goetzego i jedyne co, im pozostało to jego koszulki, na które jak widać już znaleźli sposób.

 
 

***

Od dawna chciałam coś napisać o transferze i odejściu Mario, ale nie miałam dobrego pomysłu. Po zobaczeniu zdjęcia z początku rozdziału dostałam natchnienia i postanowiłam przedstawić spotkanie dwóch różnych światów z tym małym kibicem ze zdjęcia. Z jednej strony Marco Reus osoba, która była z Mario chyba najbliżej ze wszystkich, a z drugiej kibic, zwykły bardzo oddany klubowi chłopak, który w Mario widział kiedyś swojego idola. Sama nie wiem czy bliżej mi do podejścia Marco czy anonimowego młodego kibica, ale wiem, że na pewno Borussia bez Mario już nie będzie taka sama. A szkoda :c

 
Zapraszam też na mojego drugiego bloga : http://ponad-przyjazn.blogspot.com/

piątek, 7 czerwca 2013

Nie umiem już żyć


 

 
 
 
„I to, co dobre i złe, wszystkie chwile, myśli, słowa.”
 

Przekręcasz klucz i otwierasz drzwi do swojego bogato urządzonego mieszkania. Od razu rzucasz się na łóżku i nakrywasz twarz poduszką dający tym samym całemu światu do zrozumienia, że nie marzysz o niczym innym jak tylko o odgrodzeniu się od wszystkiego i wszystkich. Masz już dość tego bajzlu w jakim siedzisz, masz dość swojego życia i problemów, których cały czas przybywa. Ty, ten sławny Zbigniew Bartman narzekasz na to, co masz, bo nie żyjesz tak jakbyś chciał. Inaczej wyobrażałeś sobie dorosłość, to wszystko miało, inaczej wyglądać.
 

„Niech każdy z was wspomni tych co odeszli już tam.”

 
Siadasz na łóżku wbijając swój wzrok w podłogę. Ostatnimi czasy robisz tak zdecydowanie za często. Myślisz, wtedy o tym co było, o tym co tak bardzo cię nęka. Przypominasz sobie, kiedy dokładnie wszystko zaczęło się tak walić.
- Dwa lata … - szepczesz zamykając oczy. – Już dwa lata.
Nie chciałbyś pamiętać, ale niestety pamiętasz bardzo dobrze. Minęły już dwa lata od tragedii Mateusza i Kamili. Pamiętasz, tak dobrze pamiętasz.

 
„Lecz na zawsze obiecuję wam pozostanie w moim sercu ślad.”

 
Był 3 czerwca 2011 roku. Z nieba lał się żar. Kiedy obudziłeś się rano nie miałeś na nic ochoty. Powodem dla, którego podniosłeś się z łóżka był dzwoniący do ciebie Kubiak. Pieprzył ci coś o jakimś wypadzie na grilla z ziomkami, ale kazałeś mu się popukać w głowę i spojrzeć, ile stopni wskazuje termometr. Posprzeczaliście się chwilę, ale ostatecznie i tak wygrał Michał, więc chcąc nie chcąc godzinę później siedziałeś już w samochodzie i z zawrotną prędkością jechałeś do mieszkania przyjaciela. Dotarłeś w miarę wcześnie, a dostrzegając, że oprócz ciebie jest tylko dwóch innych kolegów, a impreza nie wygląda za dobrze zadzwoniłeś po Mateusza. Po swojego osiemnastoletniego młodszego braciszka, który jak nikt potrafi rozkręcić imprezę. Nie miałeś pojęcia, że sprowadzając go tam popełniasz największy błąd życia. Nie miałeś pojęcia, że właśnie ten telefon rozpocznie wszystko czego teraz chciałbyś uniknąć za wszelką cenę.  Chciałeś się bawić, chciałeś, żeby był z tobą. A on przyjechał, pojawił się wraz z dziewczyną Kamilą. Niską, ale, za, to urodziwą szatynką, którą uważałeś za swoją młodszą siostrę. Przyszli, a wszystkim udzielił się ich radosny nastrój. Impreza trwała w najlepsze. Piwo, kiełbasa z grilla i papierosy były wszędzie. Po kilku godzinach w mieszkaniu Kubiaka nie było nikogo trzeźwo myślącego, a zbliżała się pora zakończenia spotkania. Ziomki pozamawiali taksówki, ale ty nie. Czując, że właściwie to nie jest z tobą tak źle postanowiłeś prowadzić.
- Oj, daj spokój Kubiaczku ty mój, dam radę – oznajmiłeś przyjacielowi, który próbował odwieźć cię od tego pomysłu.
Jakoś udało ci się założyć buty i zejść na dół. Mateusz jako dobry brat postanowił dopilnować tego, że dojedziesz w jednym kawałku i razem z Kamilą zabrał się z tobą.
- To tylko kilka ulic, mieszkam praktycznie obok ciebie – zapewniłeś Kubiaka przekręcając kluczyk w stacyjce.
Przyjaciel pokręcił głową i odszedł ledwo co łapiąc równowagę na schodkach.


Kochać trzeba od dziś, jutro późno może być.”


- Mówiłem, że dojadę bez problemu – powiedziałeś dumnie skręcając w ostatnią ulicę, na której znajdował się już twój blok.
Spojrzałeś w tylne lusterko, a dostrzegając jak twój młodszy brat całuje swoją dziewczynę na twojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. Zawsze uważałeś go za cholernego szczęściarza. Miał wszystko, co chciał i zazdrościłeś mu tego. No cóż najwidoczniej każdy Bartman jest doskonały. My Bartmani już tak mamy, pomyślałeś.
Podjechałeś pod blok i chcąc wyjść na dżentelmena, którym nie oszukujmy się nie jesteś szybko wysiadłeś i otworzyłeś Kamili drzwi. Szatynka uśmiechnęła się do ciebie serdecznie i dołączyła do Mateusza.
- No młodzi ja wypełniłem swój obowiązek, lećcie teraz do domu się dalej obściskiwać i miziać – oznajmiłeś klepiąc brata po ramieniu i dając Kamili całusa w policzek zniknąłeś w swojej klatce.
- Dzięki za podwózkę – usłyszałeś jeszcze z ust brata, zanim drzwi się zamknęły.
Ruszyłeś schodami na górę, bo jako sportowiec już dawno zrezygnowałeś z windy. Będąc pewnym, że Mateusz i Kamila bezpiecznie dotarli do domu od razu położyłeś się do łóżka i jak małe dziecko odpłynąłeś do krainy snów.


„Nigdy więcej nie spotkamy się, świecy płomień już zgasł.”

 

W środku nocy obudził cię dzwonek twojego telefonu. Niechętnie wygrzebałeś się z pościeli i wyłączając lecące na ful „Baby” Biebera odebrałeś telefon. Z chaotycznych wyjaśnień twojej mamy nie zrozumiałeś nic, ale słysząc jej szloch domyśliłeś się, że stało się coś złego.
- Będę u was za chwilę – rzuciłeś szybko rozłączając się i pędem pognałeś do mieszkania rodziców i młodszego brata.  
Widząc stojący pod blokiem policyjny radiowóz wiedziałeś już co się stało. Rozmowa z rodzicami tylko potwierdziła twoje obawy. Osunąłeś się bezwładnie po ścianie chowając twarz w dłoniach. Nie mogłeś powstrzymać łez.
Był szczęściarzem, cholernym szczęściarzem, w głowie jak echo odbijała ci się twoja myśl. Był, nim, więc czemu umarł? Nie mogłeś tego pojąć.
Czemu zaraz po tym jak zniknąłeś w swoim mieszkaniu jakiś kierowca stracił panowanie nad autem i wjechał na chodnik potrącając tym samym wracających do domu Mateusza i Kamile? Nie mieli szans na przeżycie, nie mieli, a tak bardzo na nie zasługiwali. Zmarli na miejscu, a sprawca wypadku najzwyczajniej w świecie uciekł. Dlaczego? Dlaczego oni? Pytałeś wciąż nie dostając odpowiedzi.


„Wciąż po twarzy spływa czas, krok po kroku zmienia nas.”


Dzisiaj, kiedy od tragedii twojego brata i jego dziewczyny minęły już dwa lata możesz śmiało powiedzieć, że razem z nimi umarła i cząstka ciebie. Od dwóch lat nie możesz ułożyć sobie życia, wszystko ci się sypie. Przestałeś przyjaźnić się z Kubiakiem, znalazłeś sobie dziewczynę, ale, kiedy miało być tak pięknie nagle ona przyznała się do zdrady, nic cię nie cieszy, a od życia dostajesz coraz więcej kłód pod nogi. Nie masz na nic siły. Przypominasz sobie, jak kiedyś razem z Mateuszem wyobrażałeś sobie, jak razem gracie w jednym klubie, a potem trenujecie swoich synów. Biegali by w waszych koszulkach dumnie ukazując nazwisko „Bartman”. Bylibyście najlepszą siatkarską rodziną w Polsce. Chciałbyś cofnąć czas, nie zadzwonić po brata, samemu też nie pojechać na Kubikowego grilla. Chciałbyś zmienić wiele rzeczy, ale nie możesz, nie możesz i to cię boli. Bo, chociaż jesteś sławnym Zbigniewem Bartmanem, chociaż dziewczyny  mdleją na twój widok, to nie jesteś cudotwórcą, nie jesteś wystarczająco wyjątkowy, by zmienić to, co się wydarzyło. Nie możesz tego zrobić, musisz nauczyć się z tym żyć, ale od dwóch lat ci to nie wychodzi, nie wychodzi i zdajesz sobie sprawę, że już nie wyjdzie. Jesteś Zbigniewem Bartmanem, który miał wszystko, ale już nie ma i mieć nie będzie. Jesteś człowiekiem, tylko człowiekiem.

 
„A to, że jestem tu sam i pozostały mi tylko wspomnienia…”

 
Stajesz nad małym wbitym w ziemie krzyżykiem przy chodniku. Stawiasz obok niego znicz i zapalasz wpatrując się w płomień.
- Oddaj mi go… - szepczesz – Oddaj mi brata.
Nie wiesz czy bóg istnieje, ale, jeśli tak, to prosisz go, żeby cofnął swój wyrok. Zwrócił ci brata i jego dziewczynę. Przecież byli młodzi, mieli plany, przyszłość.
Nie rozumiesz jak ich czas mógł się tak szybko skończyć. Oni powinni tu dzisiaj z tobą być. Stać obok, śmiać się, po prostu żyć.

„Czyjaś droga kończy się, czyjaś początek ma.”


- … Podczas dzisiejszego meczu Zbigniew Bartman pojawił się w nowej koszulce, założonej na specjalną okazję z dedykacją. Na plecach siatkarza widniał napis „Dla Mateusza i Kamili.” Po wygranej zdradził, że podczas meczu ktoś mu pomagał, ktoś kogo już wśród nas nie ma, ale, kto w jakiś sposób, jednak, wtedy był. Nam pozostaje domyślać się tylko, kto to był  i jak ważną role odegrał w życiu siatkarza.  
 

„Dusza jednak wieczną jest i nie zniszczy nawet śmierć.”

 

***
Sama nie wiem czemu tak smutnie. Zainspirował mnie obrazek, który wstawiłam. Kiedy go znalazłam od razu miałam w głowię tą historie. Czemu Bartman? Bo jakoś pasował mi na starszego, załamanego brata. Od razu mówię, że nie wiem czy rzeczywiście ma rodzeństwo, bo nie jestem jego jakąś wielką fanką. No, a więc jak widać moja druga jednopartówka tutaj nie powala niczym specjalnym, ale jest, bo jakoś tak poczułam, że jak napisałam to powinnam wstawić. Daje, więc wam na poczytanie, bo sama wyjeżdżam na tydzień na Krete, bo trochę odpoczynku od szkoły mi się należy. Okres proponowanych ocen i poprawiania się zaczął, znacie to? Masakra jakaś.

poniedziałek, 27 maja 2013

Przegrałeś mecz


 
 
 
„Mamy marzenia, to największe do popisu pole.”


 Finał Ligi Mistrzów. Mecz, o którym marzy każdy piłkarz. Mecz najważniejszy ze wszystkich. Piękne trofeum, symbol zwycięstwa, wyższości nad innymi, a przede wszystkim coś, dzięki czemu stajesz się kimś. Nie jesteś już marnym piłkarzykiem, jakimś tam kopaczem co biega po boisku za piłką. Po tym finale zyskujesz w świecie futbolu miejsce, którego już nikt nie może ci zabrać. Twój występ zapisuje się w historii rozgrywek Ligi Mistrzów na zawsze. Teraz ty, nikt inny, ale właśnie ty niemiecki piłkarz Marco Reus masz okazję spełnić marzenie i bierzesz udział w meczu, którego zazdroszczą ci wszyscy. Wysiadasz z samolotu z wielkim uśmiechem na twarzy. Stajesz na płycie londyńskiego lotniska i machasz ręką w stronę zgromadzonych tutaj tłumnie fanów i fotoreporterów. Jesteś gwiazdą. Po raz pierwszy czujesz się w stu procentach pewny, że twoja ciężka praca na treningach się opłaciła, bo dzięki temu jesteś tu, gdzie jesteś. A jesteś tu, gdzie zawsze chciałeś być.
 

„Czasem wątpię w to, że możemy mieć wszystko.”

 
Ustawiasz się. Słyszysz otaczające cię zewsząd rozmowy, krzyki. Spuszczasz głowę próbując się skoncentrować. Jesteś na stadionie, do wyjścia zostały dwie minuty, a ty nadal nie możesz uwierzyć w to, co się dzieje. Dwa niemiecki kluby, finał, puchar, kibice. Spełnia się twój sen, ale ty zamiast się cieszyć coraz bardziej się denerwujesz. Chcesz wygrać, zresztą jak każdy tu dzisiaj, tylko że nie jesteś pewny, czy ci się uda. Czujesz jak jeden z twoich klubowych kolegów klepie cię po plecach.
- Będzie dobrze – słyszysz z ust Bendera i posyłasz mu uśmiech. Uśmiech niepewny.
Dostrzegasz jak powoli piłkarze ruszają do przodu tym samym wchodząc na murawę. Zaczyna się finał, najważniejszy mecz twojego życia.

 

„Uwierz, że to co robię jest wszystkim co potrafię.”

 

 Małe krople potu spływają po twoim czole. Przeczesujesz ręką włosy patrząc z koncentracją na piłkę. Jest 1:1. Straciliście bramkę, ale karny pobudził na nowo wasze nadzieje. Jest szansa, a ty masz zamiar ją wykorzystać. Dajesz z siebie wszystko, grasz na maxa. Wiesz, że nie będzie drugiej takiej okazji.
- Marco! – słyszysz nagle czyjś krzyk i piłka ląduje pod twoimi nogami.
Automatycznie ruszasz z nią do przodu. Nie obracasz się całkowicie skupiając swoją uwagę na znajdującej się już niedaleko bramce rywali. Biegniesz.
- Jeszcze trochę! – słyszysz ten sam głos co wcześniej za plecami. Chyba należy do Lewandowskiego, ale nie rozmyślasz nad tym dłużej, gdyż nagle z impetem upadasz na murawę. Od razu podnosisz rękę do góry sygnalizując sędziemu faul ale ze zrezygnowaniem podnosisz się nie słysząc gwizdka. Posyłasz obrońcom Bayernu groźne spojrzenie i odchodzisz w stronę piłkarzy swojego klubu. Chcesz walczyć, chcesz wygrać i dasz z siebie wszystko, by móc świętować upragnione zwycięstwo.

 

„Czasem jest tak, że myślę sobie – dziś, to koniec.”

 

Najgorsze uczucie, to, to które czujemy po porażce. Po przegranej walce o to, na czym nam najbardziej zależało. Widok szczęśliwych, pełnych radości twarzy wygranych, który zadaje cios w samo serce. Nie możemy pojąc czemu właśnie oni, a nie my. Nie byliśmy gorsi. Staraliśmy się, możliwe, że nawet bardziej od nich. Mimo wszystko, to oni teraz stają się gwiazdami. To o nich jutro będą pisały gazety, to oni zyskają nieśmiertelną sławę. Jesteś zły, smutny. Ten mecz miał być twoją furtką do piłkarskiego świata, przełomem, najpiękniejszym momentem w życiu, a stał się koszmarem, porażką, o której chcesz jak najszybciej zapomnieć. Nie możesz się pocieszyć, że po powrocie do Dortmundu będzie, tak jak dawniej. Nie możesz sobie wmówić, że tego meczu nigdy nie było, bo po powrocie czekając cię zmiany, złe zmiany, z którymi nie chcesz się pogodzić. Odejdzie twój najlepszy przyjaciel, a właściwie ktoś więcej niż przyjaciel odejdzie osoba którą taktujesz niemal jak brata. Mario Goetze przejdzie do Bayernu, do klubu, który dzisiaj odebrał ci marzenia. Do klubu, którego dzisiaj nienawidzisz z całego serca. Stracisz go tak samo, jak wygraną w finale. Nie masz już celów, marzeń. Twoje największe życiowe marzenie dzisiaj prysło, a ty nie masz kolejnego. Nie masz do czego dążyć, a po odejściu Mario nawet nie będziesz miał dla kogo. Po raz pierwszy w życiu zastanawiasz się, czy obrałeś dobrą drogę. Możliwe, że wcale nie nadajesz się na piłkarza. Zawiodłeś sam siebie. Podnosisz butelkę wina do ust i bierzesz porządnego łyka. Kolejnego tego wieczoru. Lekko chwiejnym krokiem udajesz się na hotelowy balkon. Dostrzegasz piękny, nocny obraz Londynu, który tego wieczoru jeszcze długo nie zaśnie żyjąc rozegranym dzisiaj meczem. Opierasz się o barierkę i zerkasz w dół. Jest wysoko, chyba dziesiąte piętro,  jeśli nie wyżej. Do głowy przychodzi ci idiotyczna myśl. Myślisz o locie, o tym jak leciał byś w dół, a na dole skończyłby się twój koszmar. Zniknęłyby problemy, uczucie, że zawiodłeś i nie sprostałeś oczekiwaniom kibiców. Siadasz na barierce z zamkniętymi oczami. Przeczesujesz swoje blond włosy i myślisz o meczu.
- Marco? – drzwi do hotelowego pokoju powoli się otwierają, a do środka wchodzi Goetze. – Marco – powtarza z przerażeniem dostrzegając cię siedzącego na barierce.
Patrzysz na przyjaciela pełnym smutku wzrokiem.
- Wątpię w siebie…. wątpię w ciebie… wątpię w nas…. wątpię w świat… - szepczesz i puszczasz barierkę. Lecisz. Nie tak miało być. Inaczej miał skończyć się ten finał. Przegrałeś mecz. Przegrałeś mecz o życie.

 

„Miliony legend o każdym z nas przeminą, jak wiatr.”

 

- Sławny niemiecki piłkarz Marco Reus wczorajszego wieczoru popełnił samobójstwo. Po przegranym finałowym meczu Ligi Mistrzów udał się do swojego hotelowego apartamentu, a tam około północy wyskoczył z balkonu. Ostatnią osobą, która widziała piłkarza żywego był jego najlepszy przyjaciel Mario Goetze. Koledzy wybitnego niemieckiego piłkarza upamiętnią jego dokonania w specjalnym meczu w Dortmundzie, który rozpocznie się poświęconej pamięci Marco minucie ciszy. Niemiecki piłkarz stał się legendą, której zostanie postawiona tablica pamiątkowa przy stadionie, w którym rozegrał swój ostatni mecz. Śmierć tak młodego zawodnika, jak i człowieka jest wielką tragedią dla niemieckiej, ale i międzynarodowej piłki. „Był wyjątkowym człowiekiem i wybitnym piłkarzem, ale dla mnie zawsze pozostanie najbliższym przyjacielem” – tak o koledze z klubu wypowiedział się Mario Goetze.

 

„Czasem się modle, by ten kolejny dzień nie był końcem.”
 
 

***
Mój pierwszy jednopart tutaj. Napisany z myślą o niedzielnym finale, w którym pokładałam olbrzymie nadzieje, a jednak się nie udało. Nie wiem jak podchodzili do tego piłkarze ani jak trzymają się, teraz gdy jest już po wszystkim, ale spróbowałam jakoś ich zrozumieć i napisałam, to coś powyżej, żeby razem z Marco zobaczyć ten finał moim oczami. Zakończenie miało być z góry smutne, bo przecież wynik meczu był zły. Powiem wam jednak, że trudno się uśmierca Reusa no, bo kurczę on jest taki kochany, że aż mi go szkoda. Obym już nie musiała tego robić.

 
PS: Cytaty w opowiadaniu pochodzą z piosenki zamieszczonej w linku na początku posta.

niedziela, 26 maja 2013

Informacje

Pojawiać się tutaj będą jednoczęściowe opowiadania albo krótkie historyjki. Na nic dłuższego obecnie nie mam czasu. Możliwe, że podczas wakacji albo już po nich zabiorę się za jakiegoś tak zwanego długiego tasiemca ale nic nie wiadomo.

Póki co jestem tutaj z tymi krótkimi "cośami" o tematyce sportowej czyli piłkarze, skoczkowie, siatkarze, tenisiści a może i wrzucę coś takiego od siebie opartego na własnym życiu. Mam nadzieję, że będziecie ze mną.